- Dołączył
- Sierpień 23, 2008
- Posty
- 263
- Liczba reakcji
- 48
By? otoczony mglistymi oparami. Unosi?y si? tu? nad nim, jakby chcia?y go obj?? swoimi ?liskimi, niewidocznymi mackami. Le?a? na twardym chodniku, a na skroni czu? lepko?? ciep?ej mazi. Z trudem uzmys?owi? sobie, ?e to krew. Jego w?asna krew.
Po chwili wzrok ch?opaka wyostrzy? si? na tyle, aby we mgle wyr??ni? dwie ludzkie sylwetki. Zmarszczy? brwi, pr?buj?c si? skoncentrowa? i w efekcie ujrza? wysokiego, szczup?ego m??czyzn? z kr?tkimi w?osami; twarz? jasn? i szczer?, ?agodnie zarysowan? brod? i mocno zaci?ni?tymi ustami oraz nisk? kobiet?, kt?rej prost? twarz otacza?y opadaj?ce na ramiona g?ste, miedziane w?osy. Oboje pochylali si? nad cia?em Aidena i wpatrywali si? w jego otwarte oczy. Kobieta marszczy?a brwi i ?ywo gestykulowa?a. Rozmawiali. Jednak Blake nie s?ysza? nic. ?wiadomo?? o tym, ?e s?uch powr?ci?, nadesz?a r?wnolegle z kakofoni? d?wi?k?w, atakuj?c? jego uszy. Przez kr?tk? chwil? wydawa?o mu si?, i? zwariuje od nadmiaru krzyk?w i lamentu, lecz sekund? p??niej jego m?zg dostosowa? si? do otaczaj?cej go rzeczywisto?ci.
- Pani, obiekt trzeba koniecznie przetransportowa? do domu. – Do uszu Aidena dobieg? g?os m??czyzny.
- Jak to sobie wyobra?asz, g?upcze? Wyczaruj? niewidzialne nosze i dostarcz? obiekt w?a?nie na nich? – parskn??a kobieta i odrzuci?a mimowolnie w?osy za plecy, patrz?c wymownie w niebo.
- Pani, wystarczy?oby rzuci? na obiekt Czar Iluzji. Ludzie nie zauwa?yliby nic. Nawet matka obiektu. Wtedy pani, mog?aby? wezwa? medyka z Suardy, kt?ry wyleczy?by obiekt w jego w?asnym ???ku.
- To nic nie da. Na uzdrowicielstwie za bardzo si? nie znam, jednak nawet ja wiem, ?e przy wstrz?sie m?zgu u cz?owieka nie mo?na nara?a? go na bezpo?redni? styczno?? z magi?.
- W takim razie mo?e wezwa? medyk?w bezpo?rednio tutaj?
- ?artujesz, prawda? – spyta?a, a jej oczy zmru?y?y si? niebezpiecznie.
- A powinienem?
- Na zropia?e rany Mistrza Chryzostoma! Nie ?artujesz! – zawy?a i zdzieli?a go d?oni? po g?owie. By?o to trudne zadanie, gdy? si?ga?a mu zaledwie do ramienia. – Foggal, nie wiem czy udajesz, czy naprawd? jeste? takim t?pakiem! Medycy nie mog? przej?? bezpo?rednio do Ortany. Zak??ci?oby to porz?dek materii. Od tego s? portale, pacanie. A gdzie jest najbli?szy? W jego domu, p??g??wku!
- Tak, pani. Przepraszam – powiedzia?, skruszony i spu?ci? wzrok na swoje buty. Odczeka? chwil? z pa??taj?cym si? na ustach pytaniem: - W takim wypadku, co nam pozostaje?
- Gdyby? mi nie przeszkadza? swoimi beznadziejnymi pomys?ami, to mo?e mog?abym si? skupi?. No nic. Foggal, bierz obiekt na plecy i zanie? go do domu.
M??czyzna zamruga? i uchyli? odrobin? wargi w ge?cie niedowierzania. – Na plecach…?
- Tak – odpar?a i unios?a lewy k?cik ust w sarkastycznym u?miechu. – Mo?e w ko?cu do czego? si? przydasz.
Na policzki Foggala wkrad? si? szkar?atny rumieniec. Nie wiedz?c, jak zmy? z siebie poczucie winy, podszed? do Aidena i pod?o?y? mu d?o? pod jeden bark.
Blake zafascynowany dot?d konwersuj?c? dw?jk?, nie zdawa? sobie sprawy, kto jest owym obiektem. Dopiero kiedy chudy m??czyzna pochyli? si? nad nim, szarpn?? gwa?townie swoim cia?em, jednocze?nie czuj?c t?py b?l w czaszce.
- Chwila! M?wicie o mnie? – spyta? niemrawo Blake, dotykaj?c swojego czo?a i rozmazuj?c przy tym stru?k? ciep?ej krwi.
Foggal zatrzyma? si?. Brwi kobiety zbieg?y si? na moment, po czym natychmiast znieruchomia?y. Nasta?a cisza w wymianie zda?, a uszu dobiega? odg?os syren karetek pogotowia.
Wysoki m??czyzna spojrza? przez rami?, aby si? upewni?, ?e s?owa rannego na pewno s? skierowane w ich kierunku. – Pani, czy on nas widzi?
Aidenowi nie spodoba?o si? to pytanie. Dlaczego mia?by nie widzie? innego cz?owieka? To, ?e dosta? pot??nym drzewcem po g?owie, nie oznacza, ?e straci? zmys?y.
- Oczywi?cie, ?e was widz?. Jeste? dziwnie ubrany, a ona – wskaza? dr??cym palcem na kobiet? – ma ?mieszny kolor w?os?w. Marchewkowaty.
- Marchewkowy? – Kobieta skuli?a si? i zmru?y?a oczy, niczym roz?oszczona kotka. – Foggal, czy on powiedzia? marchewkowy?!
- Tak, pani. Chocia? u?y? s?owa „marchewkowaty”. Jednak?e, jak to mo?liwe? Przecie? ludzie nie powinni…
- Moje w?osy nie maj? koloru marchewkowego! – warkn??a oburzona kobieta.
- Oczywi?cie, pani, nie s?. Jednak?e, dlaczego…
- G?upcze, w tej chwili nie jest wa?ne, jak to mo?liwe. Wa?ne jest, ?e m?wi… - urwa?a gwa?townie i spojrza?a w oczy Aidena: - Cz?owieku, czy mo?esz poruszy? swoimi ko?czynami?
- M?wisz o moich nogach? – spyta? Blake, nieco zbity z tropu.
- Foggal, czy twoim zdaniem m?wi? niewyra?nie?
M??czyzna u?miechn?? si? pod nosem.
- Sk?d?e, pani. Ten cz?owiek chyba jest w szoku.
- Nie bardziej ni? ty – sarkn??a, a skromny u?miech Foggala raptownie znik?. – Cz?owieku, jak z twoimi ko?czynami? Je?li jeste? sparali?owany, to nie?le oberw? po ty?ku w Suardzie.
Sparali?owany? Ta my?l wydawa?a mu si? tak nierealna, ?e z pocz?tku chcia? wy?mia? t? nisk? kobiet?, z zaci?tym wyrazem twarzy i marchewkowatym kolorem w?os?w. Jednak?e, czy ta ca?a sytuacja sama w sobie jest nierealna? W ko?cu le?y na twardym bruku, co? bole?nie wgniata mu si? w plecy, przez g?ow? nawraca coraz cz??ciej t?pa fala b?lu. Ale czy mo?e porusza? nogami? Spojrza? na swoje stopy i ujrza? brak lewego buta. W innej sytuacji, pewnie powa?nie by si? zdenerwowa?, jednak teraz niezbyt to go obesz?o. Utkwi? wzrok na zabrudzonej kurzem i krwi? zielonej skarpetce, na zarysie du?ego palca. Spr?bowa? i odetchn? z ogromn? ulg?, kiedy palec poruszy? si?.
- Nie jestem sparali?owany – powiedzia? ju? pewniejszym g?osem, po czym poczyni? pr?b? wstania. Przeliczy? swoje si?y. Szumia?o mu w g?owie, czaszka p?ka?a z b?lu, oczy za?zawione utkwi? w kobiecie. Zdo?a? jedynie usi???.
- ?wietnie – odpar?a miedzianow?osa. – W takim razie wstawaj. Sam siebie poniesiesz. Nie jestem pewna czy nie sta?aby ci si? krzywda, gdyby to Foggal mia? ci? transportowa?.
Aiden j?kn?? przeci?gle.
- Pani, nic bym mu nie zrobi?…
- Nawet by? nie spostrzeg?, ?e dozna? uszczerbku na zdrowiu – warkn??a, po czym zwr?ci?a si? do Aidena: - Gotowy? Lima nie mo?e si? zorientowa?…
- Sk?d znasz imi? mojej matki? – zapyta? Blake z nutk? podejrzliwo?ci w g?osie. – Kim wy w og?le jeste?cie?
Kobieta wyprostowa?a si? i unios?a podbr?dek w ge?cie dumy.
- Nazywam si? Hazel Faith i jestem Izanami. Moim zadaniem jest chroni? ciebie.
- ?wietnie ci to wysz?o – mrukn?? Aiden i j?kn?? w duchu. Czu?, ?e ten parszywy dzie?, zako?czenie roku szkolnego, zapami?ta na wiele najbli?szych lat.
Po chwili wzrok ch?opaka wyostrzy? si? na tyle, aby we mgle wyr??ni? dwie ludzkie sylwetki. Zmarszczy? brwi, pr?buj?c si? skoncentrowa? i w efekcie ujrza? wysokiego, szczup?ego m??czyzn? z kr?tkimi w?osami; twarz? jasn? i szczer?, ?agodnie zarysowan? brod? i mocno zaci?ni?tymi ustami oraz nisk? kobiet?, kt?rej prost? twarz otacza?y opadaj?ce na ramiona g?ste, miedziane w?osy. Oboje pochylali si? nad cia?em Aidena i wpatrywali si? w jego otwarte oczy. Kobieta marszczy?a brwi i ?ywo gestykulowa?a. Rozmawiali. Jednak Blake nie s?ysza? nic. ?wiadomo?? o tym, ?e s?uch powr?ci?, nadesz?a r?wnolegle z kakofoni? d?wi?k?w, atakuj?c? jego uszy. Przez kr?tk? chwil? wydawa?o mu si?, i? zwariuje od nadmiaru krzyk?w i lamentu, lecz sekund? p??niej jego m?zg dostosowa? si? do otaczaj?cej go rzeczywisto?ci.
- Pani, obiekt trzeba koniecznie przetransportowa? do domu. – Do uszu Aidena dobieg? g?os m??czyzny.
- Jak to sobie wyobra?asz, g?upcze? Wyczaruj? niewidzialne nosze i dostarcz? obiekt w?a?nie na nich? – parskn??a kobieta i odrzuci?a mimowolnie w?osy za plecy, patrz?c wymownie w niebo.
- Pani, wystarczy?oby rzuci? na obiekt Czar Iluzji. Ludzie nie zauwa?yliby nic. Nawet matka obiektu. Wtedy pani, mog?aby? wezwa? medyka z Suardy, kt?ry wyleczy?by obiekt w jego w?asnym ???ku.
- To nic nie da. Na uzdrowicielstwie za bardzo si? nie znam, jednak nawet ja wiem, ?e przy wstrz?sie m?zgu u cz?owieka nie mo?na nara?a? go na bezpo?redni? styczno?? z magi?.
- W takim razie mo?e wezwa? medyk?w bezpo?rednio tutaj?
- ?artujesz, prawda? – spyta?a, a jej oczy zmru?y?y si? niebezpiecznie.
- A powinienem?
- Na zropia?e rany Mistrza Chryzostoma! Nie ?artujesz! – zawy?a i zdzieli?a go d?oni? po g?owie. By?o to trudne zadanie, gdy? si?ga?a mu zaledwie do ramienia. – Foggal, nie wiem czy udajesz, czy naprawd? jeste? takim t?pakiem! Medycy nie mog? przej?? bezpo?rednio do Ortany. Zak??ci?oby to porz?dek materii. Od tego s? portale, pacanie. A gdzie jest najbli?szy? W jego domu, p??g??wku!
- Tak, pani. Przepraszam – powiedzia?, skruszony i spu?ci? wzrok na swoje buty. Odczeka? chwil? z pa??taj?cym si? na ustach pytaniem: - W takim wypadku, co nam pozostaje?
- Gdyby? mi nie przeszkadza? swoimi beznadziejnymi pomys?ami, to mo?e mog?abym si? skupi?. No nic. Foggal, bierz obiekt na plecy i zanie? go do domu.
M??czyzna zamruga? i uchyli? odrobin? wargi w ge?cie niedowierzania. – Na plecach…?
- Tak – odpar?a i unios?a lewy k?cik ust w sarkastycznym u?miechu. – Mo?e w ko?cu do czego? si? przydasz.
Na policzki Foggala wkrad? si? szkar?atny rumieniec. Nie wiedz?c, jak zmy? z siebie poczucie winy, podszed? do Aidena i pod?o?y? mu d?o? pod jeden bark.
Blake zafascynowany dot?d konwersuj?c? dw?jk?, nie zdawa? sobie sprawy, kto jest owym obiektem. Dopiero kiedy chudy m??czyzna pochyli? si? nad nim, szarpn?? gwa?townie swoim cia?em, jednocze?nie czuj?c t?py b?l w czaszce.
- Chwila! M?wicie o mnie? – spyta? niemrawo Blake, dotykaj?c swojego czo?a i rozmazuj?c przy tym stru?k? ciep?ej krwi.
Foggal zatrzyma? si?. Brwi kobiety zbieg?y si? na moment, po czym natychmiast znieruchomia?y. Nasta?a cisza w wymianie zda?, a uszu dobiega? odg?os syren karetek pogotowia.
Wysoki m??czyzna spojrza? przez rami?, aby si? upewni?, ?e s?owa rannego na pewno s? skierowane w ich kierunku. – Pani, czy on nas widzi?
Aidenowi nie spodoba?o si? to pytanie. Dlaczego mia?by nie widzie? innego cz?owieka? To, ?e dosta? pot??nym drzewcem po g?owie, nie oznacza, ?e straci? zmys?y.
- Oczywi?cie, ?e was widz?. Jeste? dziwnie ubrany, a ona – wskaza? dr??cym palcem na kobiet? – ma ?mieszny kolor w?os?w. Marchewkowaty.
- Marchewkowy? – Kobieta skuli?a si? i zmru?y?a oczy, niczym roz?oszczona kotka. – Foggal, czy on powiedzia? marchewkowy?!
- Tak, pani. Chocia? u?y? s?owa „marchewkowaty”. Jednak?e, jak to mo?liwe? Przecie? ludzie nie powinni…
- Moje w?osy nie maj? koloru marchewkowego! – warkn??a oburzona kobieta.
- Oczywi?cie, pani, nie s?. Jednak?e, dlaczego…
- G?upcze, w tej chwili nie jest wa?ne, jak to mo?liwe. Wa?ne jest, ?e m?wi… - urwa?a gwa?townie i spojrza?a w oczy Aidena: - Cz?owieku, czy mo?esz poruszy? swoimi ko?czynami?
- M?wisz o moich nogach? – spyta? Blake, nieco zbity z tropu.
- Foggal, czy twoim zdaniem m?wi? niewyra?nie?
M??czyzna u?miechn?? si? pod nosem.
- Sk?d?e, pani. Ten cz?owiek chyba jest w szoku.
- Nie bardziej ni? ty – sarkn??a, a skromny u?miech Foggala raptownie znik?. – Cz?owieku, jak z twoimi ko?czynami? Je?li jeste? sparali?owany, to nie?le oberw? po ty?ku w Suardzie.
Sparali?owany? Ta my?l wydawa?a mu si? tak nierealna, ?e z pocz?tku chcia? wy?mia? t? nisk? kobiet?, z zaci?tym wyrazem twarzy i marchewkowatym kolorem w?os?w. Jednak?e, czy ta ca?a sytuacja sama w sobie jest nierealna? W ko?cu le?y na twardym bruku, co? bole?nie wgniata mu si? w plecy, przez g?ow? nawraca coraz cz??ciej t?pa fala b?lu. Ale czy mo?e porusza? nogami? Spojrza? na swoje stopy i ujrza? brak lewego buta. W innej sytuacji, pewnie powa?nie by si? zdenerwowa?, jednak teraz niezbyt to go obesz?o. Utkwi? wzrok na zabrudzonej kurzem i krwi? zielonej skarpetce, na zarysie du?ego palca. Spr?bowa? i odetchn? z ogromn? ulg?, kiedy palec poruszy? si?.
- Nie jestem sparali?owany – powiedzia? ju? pewniejszym g?osem, po czym poczyni? pr?b? wstania. Przeliczy? swoje si?y. Szumia?o mu w g?owie, czaszka p?ka?a z b?lu, oczy za?zawione utkwi? w kobiecie. Zdo?a? jedynie usi???.
- ?wietnie – odpar?a miedzianow?osa. – W takim razie wstawaj. Sam siebie poniesiesz. Nie jestem pewna czy nie sta?aby ci si? krzywda, gdyby to Foggal mia? ci? transportowa?.
Aiden j?kn?? przeci?gle.
- Pani, nic bym mu nie zrobi?…
- Nawet by? nie spostrzeg?, ?e dozna? uszczerbku na zdrowiu – warkn??a, po czym zwr?ci?a si? do Aidena: - Gotowy? Lima nie mo?e si? zorientowa?…
- Sk?d znasz imi? mojej matki? – zapyta? Blake z nutk? podejrzliwo?ci w g?osie. – Kim wy w og?le jeste?cie?
Kobieta wyprostowa?a si? i unios?a podbr?dek w ge?cie dumy.
- Nazywam si? Hazel Faith i jestem Izanami. Moim zadaniem jest chroni? ciebie.
- ?wietnie ci to wysz?o – mrukn?? Aiden i j?kn?? w duchu. Czu?, ?e ten parszywy dzie?, zako?czenie roku szkolnego, zapami?ta na wiele najbli?szych lat.
( poniewa? s? Ciekawe 